Kościół, Polska i tradycje okiem amerykańskiej luteranki

Jak amerykańska luteranka widzi Kościół w Polsce i co znaczy być luteraninem w USA? Jak nas widzą inni i czy istnieje amerykańska kultura? – zapraszamy do lektury rozmowy z Nevą De Mayo, tegoroczną uczestniczką Forum Kobiet Luterańskich, która była również gościem naszej parafii.

 

 

Co dwa lata delegatka diecezji Oregon Ewangelicko-Luterańskiego Kościoła w Ameryce (ELCA) uczestniczy w Forum Kobiet Luterańskich. Czy może pani nieco przybliżyć okoliczności, które zdecydowały o tym, że postanowiła pani przylecieć do Polski i na czym polega pani służba w Kościele?

Należę do małej luterańskiej parafii we wschodnim Oregonie. Jak w każdej małej parafii aktywność zborowników musi być szczególnie duża, tym bardziej, że przez jakiś czas pozbawieni byliśmy duchownego i wiele rzeczy musieliśmy wykonywać samodzielnie począwszy od przygotowywania niedzielnych nabożeństw, a skończywszy na codziennych obowiązkach, aby Kościół był widoczny również w ciągu tygodnia. W czasie, kiedy nie mieliśmy stałej opieki duszpasterskiej byłam prezesem rady parafialnej i wraz z innymi członkami rady byliśmy bardzo zajęci. Ponieważ nasza parafia znajduje się we wschodniej części stanu nie mogliśmy zawsze uczestniczyć w wydarzeniach diecezjalnych organizowanych dla kobiet z powodu dużych odległości, jednak przynajmniej raz lub dwa razy w roku próbowałam uczestniczyć w ważniejszych spotkaniach i właśnie podczas jednego z większych wydarzeń w diecezji dowiedziałam się o możliwości wyjazdu do Polski. Słyszałam pozytywne relacje innych kobiet, które odwiedziły Polskę, więc pomyślałam sobie ‘Musisz spróbować i pojechać’, więc wysłałam swoje zgłoszenie i na rok przed wyjazdem dowiedziałam się, że zdecydowano, że przyjadę tutaj. Trwało to bardzo długo i nawet zapomniałam o zgłoszeniu, ale kiedy przyszła decyzja, to nie wiedziałam co powiedzieć. Wielokrotnie miałam możliwość spotykania się z ludźmi innych kultur. Było tak już od dzieciństwa, ponieważ moja ciocia była misjonarką w Japonii…

Luterańską misjonarką w Japonii?

Nie, ona należała do Kościoła reformowanego i wywarła duży wpływ na moje życie. Gdy wyszłam za mąż za żołnierza, stacjonowaliśmy w Niemczech, więc miałam kontakt z wieloma kobietami z zagranicy, które poślubiły amerykańskich żołnierzy. Uczyłam angielskiego Koreanki, Wietnamki i Francuzki. Gdy mieszkaliśmy w Ohio należałam do kościoła, który oferował naukę języka angielskiego w niedzielne poranki i również wtedy miałam do czynienia z innymi kulturami, a także wyznaniami chrześcijańskimi. Bardzo ceniłam sobie poznawanie różnych form pobożności i liturgii, więc tym bardziej byłam zachwycona na myśl o przyjeździe do Polski i dowiedzenia się wielu nowych rzeczy o Kościele w Polsce i ludziach, mieszkających tutaj.

Powiedziała pani, że pochodzi z małej parafii i że jesteście przede wszystkim zdani na własną aktywność. Luteranie w Polsce są mniejszością – Kościół luterański ma zaledwie 70 tys. członków, podczas gdy Polska ma 38,5 milionów mieszkańców. Czy kontekst Kościoła mniejszościowego sprawił, że czuła się pani w Polsce ‘jak w domu’, czy może owo poczucie przynależności do mniejszości jest zdecydowanie inne w Polsce niż w USA?

To, co my nazywamy małym Kościołem, w Polsce oznacza duży Kościół. Macie tutaj Kościół rzymskokatolicki i np. ewangelicko-augsburski i rzeczywiście świadomość diaspory jest dla mnie zrozumiała, jednak w Ameryce mamy tak wiele różnych wyznań chrześcijańskich, że nikt raczej nie myśli o sobie w kategoriach mniejszości czy większości. Po prostu jest tak wiele różnych wspólnot. Ponadto fakt, że nasza parafia jest tak mała i jesteśmy tak daleko od siedziby diecezji, sprawia, że jesteśmy zdani na własne siły.

Przyjechała pani do Polski, aby uczestniczyć w Forum Kobiet Luterańskich, którego temat brzmiał ‘Stare-Nowe Wyzwania’. Czy mogłaby się pani pokusić o porównanie, jakie kwestie w kontekście wyzwań są wspólne dla kobiet w Polsce i w USA?

Myślę, że w Ameryce, szczególnie w naszym Kościele, nie myślimy już o sprawach kobiet jako odrębnym temacie. Tak jak jest to napisane w liście do Galacjan, nie jest istotne, czy ktoś jest kobietą czy mężczyzną, gdyż wszyscy jesteśmy jedno w Chrystusie. Rozmawiamy zatem o naszych sprawach jako kwestiach Kościoła, a nie jako sprawach kobiet.

Widziała pani kilka parafii w Polsce. Odwiedziła pani parafię Świętej Trójcy w Warszawie, parafię w Krakowie, Wrocławiu, Żyrardowie, Cieszynie, Dzięgielowie i Istebnej. Jeśli by porównać te parafie z ich różnymi tradycjami i uwarunkowaniami, to co z pani perspektywy wydawało się najważniejsze i jak to wygląda w Ameryce?

Z pewnością nasz Kościół nie jest aż tak formalny, ponieważ nasze budynki nie są tak duże. Gdy wchodzi się do waszych kościołów, to robią one wrażenie ogromnych i jest właśnie to poczucie pewnego formalizmu, wręcz poczucie…

Przytłoczenia?

Tak. Inaczej było w kościele w Dzięgielowie. Gdy tam weszłam poczuła się jak u siebie w domy, ponieważ wystrój był bardzo prosty i dla mnie bardziej osobisty. Czasami można zgubić się w kościele, jeśli jest zbyt masywny. Oczywiście, wchodzi się i widać, że jest obezwładniający, piękny, ale jest to uczucie, które bardziej znam z muzeum niż z kościoła jako miejsca modlitwy.

A co z różnymi typami pobożności?

Trudno mi jest porównać, gdyż będąc w Polsce uczestniczyłam tylko w dwóch nabożeństwach – w kościele Świętej Trójcy w Warszawie oraz w kościele św. Marcina w Krakowie, gdzie nie miałam ze sobą tłumacza, więc nie do końca mogłam wszystko zrozumieć. W mojej parafii używamy nowoczesnej liturgii i to byłaby pierwsza różnica, na której pomyślałam. Dotyczy to również pieśni, które są bardziej współczesne. Jest to jednak tylko różnica i nie przesądzam, czy tak jest lepiej, czy gorzej. Mam wrażenie, że w naszej parafii zborownicy dobrze zareagowali na bardziej nowoczesne pieśni. Z początku był pewien opór, aby częściowo odejść od starej liturgii, jednak wszystkie zmiany wprowadzaliśmy stopniowo, więc nie było poczucia, że nagle stara liturgia została całkowicie zabrana i zastąpiona czymś zupełnie innym. Myślę, że wszystkim zmiany się spodobały.

Była pani głównie w parafiach luterańskich, ale posmakowała pani również ekumenicznego wymiaru życia kościelnego w Polsce. Odwołując się znów do siły porównań i osobistych doświadczeń, czego my – Polacy – moglibyśmy się nauczyć od was, a Amerykanie od nas?

Zastanawiam się, co ma pan na myśli mówiąc o ekumenizmie. Powiedziano mi, że wasz Kościół współpracuje z Kościołem reformowanym, ale nie miałam sposobności, aby przyjrzeć się tej współpracy. Myślę, że w naszym Kościele to, co określamy jako ekumenizm nie jest aż tak bardzo sformalizowane i zaplanowane jak tutaj. Jeśli jest jakiś problem ważny dla wszystkich, to duchowni rozmawiają ze sobą, członkowie parafii również, a poza tym mamy lokalne organizacje dla duchownych różnych wyznań – tzw. alianse – w których podejmowane są decyzję, dotyczące wspólnych działań. Widać to na przykład w edukacji religijnej dla dzieci w ramach letnich kolonii – są one organizowane wspólnie przez różne Kościoły, ponieważ pojedynczo Kościoły nie byłyby w stanie unieść ciężaru organizacyjnego.

A jak to konkretnie wygląda w pani parafii, która funkcjonuje praktycznie w strukturach dwóch wyznań – luterańskiego i episkopalnego (anglikańskiego)?

Mieliśmy problemy finansowe i ani parafia luterańska, ani episkopalna nie mogły sobie pozwolić na zatrudnienie księdza, więc ustaliliśmy, że złożymy się na duchownego i każda z parafii zapłaci połowę uposażenia. Nasz pastor – obecnie jest nią kobieta wyznania luterańskiego – musiałaby zaaprobowana przez władze obydwu Kościołów, więc zgodnie z anglikańskimi kanonami odpowiada również przed ordynariuszem diecezji episkopalnej. Uczestniczy zarówno w synodach diecezjalnych Kościoła luterańskiego, jak i episkopalnego, na których reprezentuje naszą parafię. Ponieważ mamy pełną wspólnotę ołtarza i ambony z Kościołem episkopalnym i współpraca jest konieczna, także i ja w imieniu naszej parafii reprezentuje luteran w Episkopalnej Radzie Diecezjalnej, aby luterański punkt widzenia został również uwzględniony. Mogę zabierać głos, jednak nie mogę głosować. Nasza pani pastor odprawia nabożeństwa zarówno w obrządku episkopalnym, jak i luterańskim – dotyczy to również ślubów i innych czynności kościelnych, więc dla niej jest to największe wyzwanie, aby sprostać oczekiwaniom obydwu wspólnot. W niedzielę spotykamy się na nabożeństwo raz w kościele luterańskim, a raz episkopalnym. Różnice widać chociażby w śpiewie – luteranie mają więcej śpiewanej liturgii, podczas gdy episkopalianie recytują. Gdy podczas nabożeństwa episkopalnego następuje wg liturgicznych formularzy modlitwa za zmarłych, episkopalianie pomijają ten fragment, uwzględniając to, że luteranie nie modlą się za zmarłych. Są również inne sytuacje – episkopalianie nie obchodzą Święta Reformacji, a my nie obchodzimy Pamiątki Świętych Pańskich, a jednak wspólnie uczestniczymy w naszych nabożeństwach.

Szeroko opisała pani różne praktyki liturgiczne wynikające z innej duchowości. Czy to, co praktykuje pani parafia postrzega pani jako coś, co może w pewnym stopniu wprowadzać zamieszanie czy zamęt, czy raczej jest to coś… inspirującego? Wychowała się pani w Kościele baptystycznym i kilkanaście lat temu przeszła do Kościoła luterańskiego i jeśli połączyć te wszystkie punkty, a więc doświadczenia różnych form duchowości ludzi wywodzących się często z wielu wspólnot, to jakie to ma znaczenie dla parafii?

Myślę, że jest to inspirujące. To, co pan nazywa duchowością, nazwałabym tradycją. Mamy pewne tradycje w naszych wyznaniach, ale duchowość odnosi się w mojej ocenie bardziej do tego, co przeżywamy w spotkani z Pismem Świętym, w wierze w Boga i doświadczaniu Go w naszym życiu. Nie ma zatem znaczenia, do jakiego Kościoła ktoś należy, jeśli poznałeś/aś Boga jako swojego Zbawiciela i On naprawdę jest w Twoim życiu, ufasz Mu i Jemu zawierzasz swoje życie. Czymś innym są tradycje, które można lubić lub nie. Myślę, że episkopalianie i luteranie dobrze funkcjonują w naszej parafii, głównie poprzez nacisk na studium biblijne, koncentrowanie się na Słowie Boży, a różne tradycje, jakie praktykujemy, nie przeszkadzają nam w naszej harmonii.

Zaczęliśmy naszą rozmowę od wyzwań. W przyszłym roku Kościół Ewangelicko-Luterański w Ameryce obchodzić będzie 25-lecie istnienia. Został utworzony z trzech tradycji luterańskich o innej historii i tożsamości. Co dla pani osobiście znaczy być luteranką na początku XXI wieku, uwzględniając nie tylko jubileusz ELCA, ale zbliżające się obchody 500-lecia Reformacji, a także nakreślone podczas Forum Kobiet Luterańskich, stare-nowe wyzwania?

Świat wokół nas się zmienia i coraz trudniej utrzymać nam młodych ludzi w Kościele. Coraz mniej osób uczestniczy w niedzielnych nabożeństwach, stajemy przed nowym wyzwaniami, ale nasze przesłanie pozostaje niezmienne, gdyż Bóg jest ten sam, nasze zbawienie w Chrystusie jest wciąż takie same, ale ludzie, do których staramy się dotrzeć już nie są tacy sami, mają inny styl życia i wartości, przesiadują w internecie i na Facebooku, więc musimy podejmować te wyzwania, aby Kościół wciąż mógł istnieć w tym świecie.

A co mogą luteranie w tej sprawie zrobić, np. w pani parafii? Jakie mają narzędzia?

Opowiadałam panu o naszej pracy z dziećmi – zlikwidowaliśmy szkółkę niedzielną na rzecz zajęć prowadzonych w piątki, ponieważ w naszym stanie nie ma zajęć w ten dzień. Mam wrażenie, że ta decyzja przyniosła owoce i pasuje niejako do dzisiejszego świata. Niedziela stała się dla wielu osób aktywnych zawodowo jedynym czasem wolnym również do spędzania czasu z dziećmi, które nie były przyprowadzane na szkółkę niedzielną, więc wprowadziliśmy zmiany.

Ale czy chodzi tylko o zmiany – nazwijmy to – techniczne? Zastanawiam się, czy czasem w Polsce nie mamy łatwiej w tym sensie, że mamy duży Kościół rzymskokatolicki i Kościoły mniejszościowe, więc ważnym wyzwaniem jest kwestia, co to znaczy być luteraninem w tym bipolarnym kontekście. W USA macie zdecydowanie bardziej multikulturowy kontekst, morze różnych denominacji, tradycji, co sprawiać może wrażenie chaosu, więc powstaje pytanie o luterańską tożsamość w amerykańskiej, wielokulturowej sytuacji.

To ważna kwestia. Myślę – i mówię tu zupełnie subiektywnie – że w Ameryce raczej nie ma myślenia w kategoriach denominacyjnych, a raczej jak być chrześcijaninem. Ja akurat chodzę do kościoła luterańskiego…

Akurat do luterańskiego..?

Tak i mogę być chrześcijanką i akurat uczęszczać do kościoła baptystycznego. Oczywiście są rodziny, które od pokoleń należą do jednej denominacji i bardzo to pielęgnują. Są też tacy, którzy mocno są przywiązani do swojej tradycji, gdyż podoba im się sposób, w jaki wychwalają Boga i tym samym są bardzo gorliwi w zachowaniu tej tożsamości. Myślę jednak, że większość nie myśli w ten sposób, jak zachować swoje wyznanie – być może dlatego, że jest tak wielki wybór. Z pewnością w Ameryce toczy się walka między wyznaniami głównego nurtu (tzw. mainline), które tracą wiernych, podczas gdy inne rosną w siłę – np. Kościoły charyzmatyczne. Standardem dla Ameryki XX wieku były Kościoły historyczne, ale to się zmieniło. To między innymi przyczyniło się do tego, że wprowadziliśmy używanie nowoczesnej liturgii tak, aby nowoczesny świat czuł się jak w domu podczas nabożeństwa. Dla mnie jako luteranki ważna jest właśnie liturgia.

Uwzględniając pani perspektywę, można zatem podsumować poprzednie pytanie, stwierdzając, że w USA pytanie o tożsamość nie jest aż tak eksponowane? W Europie, nawet w tak zsekularyzowanym kraju jak Niemcy, kwestia ta powraca nieustannie.

To, co trzyma mnie przy Kościele, w którym jestem, to inni ludzie w Kościele: wszyscy pracujemy wspólnie. W taki też sposób myślimy o naszej wspólnocie lokalnej i to, w jaki sposób chcemy dotrzeć do innych, jak chcemy pomagać innym mieszkańcom, czego chcemy nauczyć dzieci, więc jeśli nie mogłabym wspólnie działać z ludźmi w Kościele, to nie chciałabym być w takim Kościele dłużej. Nasz Kościół jest więc Kościołem, w którym są zaangażowani ludzie we wspólną pracę.

Stawia więc pani akcent nie na warstwę teologiczną, ale na Kościół w działaniu?

Teologia jest z pewnością bardzo ważna, ale nie jest ona czymś, co ostatecznie decyduje. Przykro mi, że wielu ludzi, prawdopodobnie wielu luteran w USA, nie zna teologii swojego Kościoła. I nieraz jest też tak – jak w moim przypadku – że przychodzą z różnych wspólnot. Znam baptystyczną teologię, uczyłam się luterańskiej i nie zawsze zgadzam się z tym, co mówią obydwie. Wystarcza mi jednak to, że wiem jak odróżnić na podstawie Biblii sektę, których u nas nie brakuje, od Kościoła chrześcijańskiego.

Zmieńmy nieco temat. Stany Zjednoczone znajdują się obecnie w przedwyborczej gorączce. Czy kampania prezydencka ma jakieś znaczenie w życiu Kościołów, czy przekłada się jakoś na życie pani, episkopalno-luterańskiej parafii? Czy ludzie żywiołowo dyskutują o polityce, dzielą się na republikanów i demokratów?

Niekoniecznie, choć jest to interesujące. Myślę, że bardziej Kościół baptystów jest bardziej zaangażowany w politykę niż luteranie czy episkopalianie. Rozdział Kościoła i państwa jest tak silny, że nie martwimy się zbytnio jak sytuacja po wyborach wpłynie na nasze Kościoły. Oczywiście chcielibyśmy bardzo, aby prezydent był bogobojną osobą, ale, jak powiedział raz Mitt Romney (kandydat Partii Republikańskiej na prezydenta USA – przyp. DB), nie startuje w wyborach, aby być pierwszym pastorem USA. Uważam więc, że moja religia nie wpływa aż tak mocno na to, na kogo będę głosować. Zagłosuję na Romney’a, który nie będzie przecież moim pastorem, ale na kogoś kto wie jak zająć się polityką zagraniczną, sprawami ekonomicznymi. Czasami ludzie mogą mówić, że są wspaniałymi chrześcijanami, a prowadzą okropne życie, a kiedy prowadzą kampanię mogą mówić, że chodzą do kościoła i że w ogóle są wspaniali, ale jeśli miałabym na nich głosować właśnie z tego powodu, to mogłoby to się skończyć w rozczarowujący sposób.

Jakie jest pani ogólne wrażenie z pobytu w Polsce? Nie był to pani pierwszy pobyt w Europie, ale pierwsza wizyta w Polsce.

Moje wrażenie z Polski to przyjaźni i otwarci ludzie. Byłam wzruszona dobrocią, gościnnością i hojnością. Widziałam miłość w sercach, która wręcz emanowała. Lepiej was też rozumiem, wiele dowiedziałam się o tym, co przeszliście podczas wojny i w okresie komunizmu, lepiej rozumiem, jaką rolę pełni katolicyzm w Polsce i was jako ludzi, choć nieraz ciężko mi było wyjaśnić pewne kwestie, dotyczące mojego Kościoła, ponieważ niektóre zagadnienia są tak zupełnie inne. Interesujące było dla również to, jak Polacy dzieli się swoimi doświadczeniami, dotyczącymi relacjami Kościoła z państwem. Być może Ameryka zbyt jest oddzielona od spraw religijnych i właśnie to powoduje, że tak wiele kwestii jest trudno nam zrozumieć, choć jesteśmy z drugiej strony tacy sami – śmiejemy się, płaczemy, walczymy, ale to, w jaki sposób polityka, rządy wpływają na nasze codzienne życie jest zupełnie inne.

Jest jeszcze coś, co było dla mnie szczególnie interesujące. Byłam przekonana, że Ameryka ma coś takiego jak kultura. Zmieniłam zdanie i nauczyłam się lepiej rozumieć własną kulturę. Podczas mojego pobytu w Polsce zrozumiałam, że jest wiele zachowań i spraw, które są prawdziwie amerykańskie, czego do tej pory nie dostrzegałam. Lepiej więc rozumiem samą siebie. Zawsze myślałam, że Europejczycy mają swoje piękne tradycje kulturowe, a my Amerykanie nie, ale teraz widzę, że tak nie jest. Np. ktoś mi zwrócił uwagę na to, że my Amerykanie mamy obsesję na punkcie flagi narodowej, że wszędzie ją umieszczamy, na ulicach, w każdym kościele. Zapytałam: czyż nie wszystkie kraje tak robią? Oczywiście, że nie – usłyszałam. Tak! To typowo amerykański styl. Któregoś dnia odwiedziłam szkołę podczas lekcji języka angielskiego. Dzieci miały obrazek sportowca, który miały opisać po angielsku. Zapytałam: ‘Co myślicie, dlaczego ten człowiek uprawia sport?’. Wszystkie dzieci odpowiedziały: ‘Może lubi sport i chce zachować dobrą formę’. Uzupełniłam: ‘Jeśli ten mężczyzna jest Amerykaninem, to uprawia sport, ponieważ lubi współzawodniczyć i wygrywać’. I uświadomiłam sobie to, co powiedziałam: my, Amerykanie, lubimy współzawodniczyć i wygrywać. Rozmawiałam też z pewną panią z Czech i w rozmowie powiedziałam, że Amerykanie lubią działać, realizować pewne rzeczy, projekty. Nie mówimy, żeby tym czy tamtym zajął się rząd. We Wrocławiu rozmawiałam z panią, która była w USA i zdziwiło ją to, że przy autostradach są tablice, informujące o tym, kto opiekuje się danym odcinkiem trasy – raz jest to Rotary Club, a innym razem parafia luterańska. Uznała to za coś dziwnego, gdy tymczasem jest to szansa na wzięcie odpowiedzialności za kawałek autostrady, dbanie o jej czystość, przejezdność. Zapytano mnie: ‘Po co to robicie?’, a ja odpowiedziałam ‘A dlaczego mielibyśmy tego nie robić?’.

Podam jeszcze inny przykład. Rozmawiając z pewną Czeszką, opiekującą się przytułkiem dla kobiet, że nasza parafia kupiła stary budynek kościelny i postanowiła przerobić go na dom pomocy dla kobiet i dzieci. Nie mieliśmy pieniędzy, więc poinformowaliśmy wszystkie Kościoły w mieście, co zamierzamy i grupy kobiet w parafiach różnych wyznań wybrały pokój, którym miały się zaopiekować. My mieliśmy kupić meble, powiesić firanki i urządzić pozostałą część wyposażenia wraz z prześcieradłami. Kobiety z parafii rzymskokatolickiej i metodystycznej zaopiekowały się innymi pokojami i oglądaliśmy, jak dana grupa zajęła się ‘swoim’ pokojem i czy wygląda lepiej od naszego. I tacy właśnie jesteśmy – lubimy zdrową konkurencję. Usłyszałam, że to bardzo dobry pomysł, ale nie zadziałałby ani w Polsce, ani w Czechach. W ten sposób odkryłam własną kulturę, wiem teraz, że prawdziwie amerykańskie jest to, co dotyczy współzawodnictwa, wspólne zaangażowanie w projekt, urzeczywistnienie go. To jest amerykańskie – oczywiście jeśli jeszcze dołoży się do tego flagę.

Dziękuję za rozmowę.

Dariusz Bruncz

foto: luteranie.pl/luteranki